Trzy psy w biznesklasie

Całe życie byłam otoczona psami. Gdy byłam małym dzieckiem w domu była wyżlica i jamniczka, u babci dobermanka. Później pojawiały się kolejne psy, następny wyżeł, terier, u babć różne kundelki i jeden golden retriever. Pamiętam je wszystkie. Zawsze były traktowane jak członkowie rodziny.

Tak się zdarzyło, że w czasie pobytu za granicą – długiego, aczkolwiek niekoniecznie na stałe, w moim wynajmowanym domu zamieszkał ze mną pies. Nieodpowiedzialnie – mówili mi. Co będzie jak wyjedziesz? – pytali. Będzie z nim tylko kłopot – przewidywali. A to nie do końca było tak, że to ja zdecydowałam, że chcę psa, chyba nawet wręcz przeciwnie – całe życie mając zwierzaki wiedziałam jaki to obowiązek i „uwiązanie”. Ale ten maluch bardzo potrzebował domu, inaczej wylądowałby na ulicy i najpewniej by nie przeżył, nawet nie był w stanie jeszcze jeść stałych posiłków. Poza tym jak wzięłam go na ręce od razu uszczypnął mnie w ucho. No jak mogłam powiedzieć „nie”?

Później działy się różne rzeczy, jak się okazało miejsce, w kóre przyjechałam na jakiś czas jednak stało się domem. Minęło parę lat i pod drzwiami pojawił się kolejny szczeniak (w międzyczasie pojawił się też mąż, ale to szczegół), robiliśmy co mogliśmy ale niestety w ciągu kilku miesięcy pokonała go choroba… Kwestią czasu było jednak pojawienie się kolejnego czworonoga. Ktoś podrzucił go nam do ogrodu gdy podróżowaliśmy, opiekun naszego psa nie wiedział co z nim zrobić – więc został. Jak wróciliśmy do domu psy już trzymały sztamę i nie chcieliśmy ich rozdzielać. Niecały rok później mąż przyniósł do domu kolejnego szczeniaka. Broniłam się jak mogłam ale trafił w moment huśtawki hormonalnej i dosyć szybko się poddałam. W sumie co za różnica – dwa czy trzy psy?

 

 

I tak czas sobie płynął pieski rosły i miały się dobrze, pojawiła się Pyza…

W międzyczasie w kraju, w którym mieszkaliśmy, zaczęło się dziać coraz gorzej. Oboje pracowaliśmy w turystyce, choć ja od jakiegoś czasu wycofywałam się stopniowo przechodząc na pracę zdalną. Tata Pyzy robił co mógł, ale pracy było coraz mniej. W końcu podjęliśmy trudną decyzję o wyjeździe. Ok. My to my. A psy? Trzy duże psy. Musieliśmy podjąć decyzję o czasowej rozłące. Przylecieliśmy do Europy, psy zostały w naszym domu, w swoim ogrodzie, pod opieką rodziny i przyjaciół. Mieliśmy je ściągnąć jak tylko będzie to możliwe i gdy tylko nadeszła ta chwila (a nawet nieco wcześniej) zaczęliśmy procedury i formalności. Bardzo długo to trwało, wwiezienie psa do Europy nie jest takie proste, a wwiezienie trzech… Kiedyś może napiszę dokładnie jak to wyglądało, na razie dość, że powiem, że takiej ilości stresu nie życzę nikomu. Gdy już wydawało się, że pokonaliśmy wszystkie przeszkody, stawaliśmy przed kolejną ścianą. Nieraz leciały łzy, nieraz klęłam jak nigdy w życiu. Po czym siadałam przy komputerze z telefonem w ręku i kombinowałam jak tę ścianę pokonać.

 

Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy uda się wpakować nasze psy do samolotu. Zależało nam, żeby leciały razem i możliwie jak najkrótszą trasą. Próbowaliśmy zrobić to z którąś z firm zajmujących się transportem zwierzaków – wszyscy rozkładali ręce, mówili – z lotniska chętnie przejmiemy, ale całości operacji się nie podejmiemy. Ostatecznie poleciał po nie Tata Pyzy. Kolejne formalności, pieczątki, szukanie linii lotniczej, która przyjmie trzy psy jako bagaż. Kolejne schody – możemy wpakować na jeden lot tylko dwa, a i to niekoniecznie, bo na tej trasie latają za małe samoloty. Kolejne łzy, kolejne rozmowy telefoniczne, kolejne ustalenia.

Wreszcie znajomy pilot podpowiada – tego jednego dnia będzie leciał większy samolot, zarezerwowałem wstępnie bilet, dokończcie formalności i jedźcie na lotnisko, tylko kupując bilet nie mów nic o psach. 700 km samochodem na lotnisko, do ostatniej chwili nie wiadomo co będzie. Na lotnisku ostatnie pieczątki, Tata Pyzy czuje się jak wariat, z trzema wielkimi klatkami lotniczymi z psami. Średni ze stresu wszędzie sika, trzeba po nim sprzątać. Na szczęście pracownicy są nastawieni przyjaźnie. Prawie cała na noc spędzona na lotnisku, dobrze, że jest możliwość wyprowadzania psów na zewnątrz co jakiś czas. W plecaku trzy strzykawki z lekami uspokajającymi, jednak nie są potrzebne bo zwierzaki też są zmęczone i spokojne. Wreszcie odprawa. Tata Pyzy ma bilet w klasie biznes – na tym polega cały myk, muszą go obsłużyć w pierwszej kolejności, muszą przyjąć bagaż, jeśli mieści się w limitach wagi, 3 psy i nieduża walizeczka. Wygląda na to, że się uda. Ha! Niestety, najmłodszy i najcięższy z psów jest z klatką zbyt ciężki, chcą go nadać jako cargo, a więc inny terminal, inny samolot, kolejne komplikacje, wygląda na to że jednak nic z tego. Ostatnia próba „przekonania” kilku kolejnych pracowników. Kilka banknotów 50 dolarowych mniej w portfelu, ale psy wreszcie zostają wpakowane do samolotu. Dostaję sms – lecimy.

I tak, nasze trzy psy są z nami. Dużo nas to kosztowało – finansowo, czasowo, emocjonalnie. Ale są. Rodzina jest w komplecie. Pyza się cieszy, ja się cieszę. Wiem, że nadal nie będzie łatwo. W końcu wielkimi krokami nadchodzi jesień, za nią zima. Ale damy radę!

 

 

Niestety, nie wszystkie psy mają swoich ludzi, którzy staną na głowie ale zadbają o nie. Nie wszystkie mają rodziny. I właśnie o nich chciałabym Wam przypomnieć. Te nadchodzące, zimniejsze miesiące najbardziej dają we znaki bezdomnym zwierzakom. Tym na ulicach i tym w schroniskach. Wystawcie miskę z wodą. Podrzuććie coś do jedzenia.

Na pewno w Waszej okolicy jest miejsce, które dba o te zwierzęta, i na pewno potrzebuje pomocy. Jedzenia, koców, rąk do pomocy. Nie bądźcie obojętni!!

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *