Wyspa lodu i ognia

Lubię czytać książki o miejscach w których jestem, byłam, albo bardzo chciałabym być. I nie chodzi mi o przewodniki (choć i do tych zaglądam), ale o książki pisane przez miejscowych pisarzy albo wszelkiego rodzaju reportaże.

Dawno, dawno temu udało mi się spełnić swoje podróżnicze marzenie i odwiedzić Islandię. Spędziłam tam sporo czasu realizując projekt badawczy, miałam też okazję pozwiedzać i wiecie co? Bardzo chcę tam wrócić!

Jeśli ktoś z Was już tam był to wie, że od skyru można się uzależnić, że jak się ma pół baku paliwa to trzeba zatankować na najbliżej stacji benzynowej, że najzieleńsza trawa rośnie na środku asfaltowej drogi (zapytajcie islandzkie owce), że poczynania jednej żaby mogą być głównym tematem wiadomości codziennie przez ponad miesiąc i że są miejsca należące do fantastycznych stworów, i nie wolno ich ruszać, nawet jeśli to oznacza, że droga na pustkowiu będzie musiała łukiem ominąć pewien kamień.

Ale co zrobić jak bardzo się chce, a jednak nie można, nie w tym roku przynajmniej? Można sięgnąć po książkę. Albo dwie. Albo jeszcze więcej.

O takich książkach będzie dzisiaj. A właściwie o jednej. Bo, mimo że z tęsknoty za wyspą ognia i lodu sięgnęłam po dwie pozycje opowiadające o niej, jedna okazała się ogromnym rozczarowaniem. Zdecydowałam, że ją pominę, bo nie dość, że napisana jest źle, po prostu źle, to jeszcze wydawało mi się, że niektóre fragmenty są jakby nieudolnie przetłumaczone z angielskiego, a inne już gdzieś czytałam… Troszkę szperania i okazało się, że miałam rację, autorka brawurowo „zapożyczała” z innych publikacji, innych autorów. Dowód na to, że książki nie należy oceniać po okładce… Bo książka wydana bardzo ładnie. Tylko co z tego?

Przejdźmy wiec do drugiej pozycji – Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka. O tej książce warto pisać. I co chyba ważniejsze – warto ją przeczytać!

Islandia pełna jest muzyki. Wiatr zmienia tu dźwięk w wiersz bez rymów i rytmu. Ziemia pulsuje. Gęste chmury kłębią się niespokojnie nad głową, ocean szumi jednostajnie, budząc grozę i zachwyt. Podobno tutejsze kamienie szczepczą. Nawet w ciszy, bezwietrznej i z pozoru martwej, słychać wyraźnie, że nie jesteśmy tu sami.
(…)
Pierwszy lot nad Islandią. W dole majaczy ziemia, ale inna niż zwykliśmy ją oglądać. Księżycowy krajobraz. Spokój, samotność, opuszczenie. Kraina skuta lodem, stada głodnych chmur przetaczające się ponad górami i absolutne pustkowie. Samolotem wstrząsają silne podmuchy wiatru. Lądowaniu towarzyszy pomieszanie uczuć: radość, zachwyt i onieśmielenie, ale też niepokój, niejasne poczucie zagrożenia. Odnosisz wrażenie, że ten kraj wyssie z Ciebie całą ciemność i niepokój, a zostawi po sobie rzeczy dotąd nienazwane. Bo podobno na Islandii łatwo odnaleźć siebie, oderwać czas przeszły i przyszły. Wystarczy być tu i teraz. Znaleźć ukojenie, ciszę, pozbyć się ukrytych lęków, zapomnieć o zgiełku, chaosie i dręczących snach. Powtarzane są historie o duchowych przemianach, wyzwolonej miłości do przestrzeni. Wypełniona sagami i mrocznymi opowieściami Islandia kusi obietnicą wolności, którą jeszcze niedawno sami Islandczycy próbowali sprzedawać jako swój produkt narodowy. Najczystsza woda, najczystsze powietrze, nieskrępowana wolność. Jednak życi ewe współczesnej Islandii nie przypomina jednej z licznych opowieści Aldy Sigmundsdottir. Nie jest też Islandia idylliczną krainą, gdzie za oknem codziennie koi nerwy widok ośnieżonych górskich szczytów. To historia o przetrwaniu. Najtrudniej o to na Fiordach Zachodnich, najmniej zaludnionym regionie Islandii.

Te dwa fragmenty wstępu bardzo wiele mówią o tym jaka jest to książka. A książka bardzo pięknie mówi o tym jaka jest Islandia. Bo to nie tylko wulkany, gejzery i owce. To także ludzie (mimo, że jest ich mniej niż owiec), których życie niemal całkowicie podporządkowane jest nieokiełznanej przyrodzie i jej kaprysom. Islandczycy są bardzo często pomijani w książkach o Islandii, lub występują anegdotycznie, a przecież, mimo że jest ich niewielu, są jednak nieodłącznym elementem wyspy.

W książce znajdziecie opowieści o Islandii znajdującej się poza szlakami turystycznymi. O miejscach opuszczonych, zapomnianych. To te miejsca, pokazują nam prawdziwe, ukryte oblicze wyspy, jej historię, a także historię jej mieszkańców. To tam budynki i kamienie wyszeptują opowieści o przeszłości, to tam wiatr przynosi legendy o trollach, elfach i magicznych runach. Jednak zaskakująco mało tu romantyzmu, a bardzo dużo walki o przetrwanie. Bo to jednak Islandia.

Pamiętajcie też, że żadna książka, żadne zdjęcia nie przygotują Was na spotkanie z Islandią i Islandczykami. Wierzcie mi – nie ma słów, mogących opisać zapach sfermentowanego i zamrożonego mięsa rekina. Miękkości mchu i ciszy samotnej wędrówki przez pustkowia trzeba doświadczyć osobiście. Tak jak samotności na wielkim, czarnym polu lawy. Palącego słońca w lipcu i śnieżnego poranka we wrześniu. Zaskoczenia powalającym zapachem wody z gorących źródeł pod prysznicem jak i faktem, że można się do niego przyzwyczaić… A Islandczycy? Na pierwszy rzut oka zamknięci, zdystansowaniu, a po bliższym poznaniu niejednokrotnie przejawiający bardzo południowy charakter. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, bo każdy dzień z tych kilku miesięcy, które tam spędziłam, każdy krok niemal – był zaskoczeniem, zdziwieniem, zachwytem…

A na koniec podzielę się wspomnieniem mojego pierwszego spotkania z Islandią:

Pierwsze zetknięcie z Islandią dla każdego będzie czymś innym. Będzie zależało od tego po co przyleciał, o jakiej porze roku, z kim (albo bez kogo), oczekiwań, i wielu innych spraw. Mnie, mimo, że byłam chyba nieźle przygotowana, pierwsze zetknięcie z Islandią zaskoczyło. Dlaczego? Dlatego że lotnisko znajduje się na półwyspie, na polu lawy, ogromnym, płaskim, czarno-brązowym, spękanym polu lawy. Nie byłam na to przygotowana. Ani trochę. Do tego zaraz po wylądowaniu otrzymałam smsa, że osoba która ma mnie odebrać nie dojedzie, muszę więc załapać się na autobus do Reykjaviku, i dopiero tam, na dworcu autobusowym, ktoś będzie na mnie czekał. Całą drogę do miasta chłonęłam widok za oknem i próbowałam zrozumieć – co ja, leśnik, robię wśród tego czarnego rumowiska?

Jedna z bocznych dróg w okolicy lotniska

Z dworca autobusowego zostałam odtransportowana do miejsca mojego pierwszego noclegu. Malutkiej stacji badawczej przycupniętej na zboczu góry, spory kawałek za miastem. Zostałam sama z pięknym widokiem na morze, zrobiłam herbatę, rozłożyłam materiały na temat mojej pracy na stole oświetlonym nieco zamglonymi promieniami wieczornego słońca i spojrzałam na zegarek. Była 23 z minutami. No tak. Jestem na północy, słońce świeci, ale pora spać. Jutro jadę dalej, w miejsce w którym spędzę co najmniej dwa najbliższe miesiące.

Witaj Islandio. Dobranoc Islandio.

Widok z okna stacji badawczej

 

Książka: Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii
Autorzy: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
www.icestory.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *