Mama pracująca, Mama domowa…

Asertywna Mama (znajdziecie ją tu i tu) poprosiła mnie jakiś czas temu o napisanie wpisu gościnnego o tym jak pracuję (klik). Pisanie nieco się przeciągnęło, nie tylko ze względu na brak czasu i takie, a nie inne priorytety, ale też dlatego, że siłą rzeczy pisząc „jak?” odpowiadałam też na pytanie „dlaczego?”.  Wyszło mi z tego bardzo dużo tekstu, z którym przez jakiś czas nie wiedziałam co zrobić. W końcu wpadłam na to, że przecież mogę to przerobić na dwa posty, tak by odpowiedzieć na pytanie Asertywnej Mamy bez zbyt wielu dygresji, a jednocześnie móc dopowiedzieć kilka słów o tym, czemu wybrałam taką drogę i co myślę o łączeniu pracy z macierzyństwem. Zwłaszcza, że co chwila natykam się w sieci na teksty mówiące o tym, dlaczego powinno/nie powinno się ich łączyć. Niejednokrotnie podsumowania tych tekstów są jednoznaczne – to niemożliwe (ktoś na tym straci) / to konieczne (bo matka nie powinna zmieniać swojego życia ze względu na dziecko). A świat nie jest przecież czarno-biały. Nie ma dwóch takich samych osób i nie ma jednego przepisu na „dobre” życie (czy macierzyństwo).

Dla mnie praca w domu to wybór, chcę ten czas spędzać z Pyzą, na tyle na ile to możliwe. Przy czym sama praca nie do końca była wyborem, a raczej  koniecznością. Czy pracowałabym przez te pierwsze lata, gdybym nie musiała? Nie wiem, pewnie tak, ale inaczej, mniej. I na pewno też z domu. Mam świadomość, że nie każdy tak czuje. Że są mamy, które nie musząc pracować zarobkowo wybiorą niepracowanie. Są też mamy, które będąc w domu z dzieckiem czują się ograniczane, i muszą mieć możliwość wyjścia z tegoż domu. Inne jeszcze – nie mają wyboru wcale – i po prostu radzą sobie jak mogą.

Perspektywa

Piszę ten tekst z perspektywy ponad dwóch lat. I nie jest to perspektywa osoby, która była w sytuacji idealnej, mającej pełen wachlarz możliwości. To, że pracowałam, oraz to jak pracowałam dostosowywałam do sytuacji. A sytuacja była taka: byłam za granicą, zarobki Taty Pyzy były nieregularne – nie miałam wyjścia – pracować musiałam. Pracowałam więc do 2 dni przed porodem, wróciłam do pracy 3 miesiące po, przez 6 tyg. byłam na okresie przejściowym pracując 20 godz. tygodniowo, potem już normalne 40. To był mus, tu nie mogłam nic zmodyfikować – i tak przez te 3 miesiące po porodzie nie zarobiłam ani złotówki, nie dostawałam macierzyńskiego, ale wiedziałam, że tak będzie i zaplanowałam to. Wiedziałam też, że Tata Pyzy będzie z nami w domu przez 2-3 tyg., więc również nie będzie zarabiał. Przygotowaliśmy się, odłożyliśmy pieniądze (tak jak się odkłada na wakacje). Zminimalizowałam też ilość pracy dodatkowej na tyle na ile się dało, zostawiając tylko stałych klientów i uprzedzając ich, że przez 3 miesiące nie będę pracować wcale, wszyscy wykazali się zrozumieniem.

Czy było łatwo?

Nie zawsze. Początki ciąży znosiłam bardzo źle i niewiele zarabiałam, wykorzystałam też większość urlopu na ten rok można powiedzieć, mało konstruktywnie, bo na przesypianie. Ale daliśmy radę. Później Pyza była ze mną zawsze i wszędzie, musiałam coś załatwić? Robiłam to z dzieckiem na ręku, niejednokrotnie pracowałam, gdy Pyza sobie smacznie na mnie spała. Fakt, niektórzy się podśmiewali, że mi przyrosła do ręki, zwłaszcza że miała kolki i przez 7 miesięcy niemal cały czas nosiłam ją na przedramieniu, w jedynej pozycji przynoszącej jej ulgę. Szczerze mówiąc nie zastanawiałam się nad tym czy to dobrze, czy nie. Robiłam to, co wydawało mi się naturalne. Ale znam też całą masę młodych mam, które czekały z niecierpliwością na moment w którym będą mogły się wyrwać, wrócić do przedciążowej rzeczywistości. Czy znaczy to, że są złymi mamami? Z całą pewnością nie!

 Czy coś straciłam?

Myślę, że nawet jeśli coś mnie ominęło, to nie było to nic ważnego. To że zwolniłam, zamknęło mi pewne ścieżki, to na pewno, ale teraz z ogromnym zapałem i energią odnajduję inne! Mam pomysły, mam energię, nie mam wyrzutów sumienia. Wracam do pracy naukowej mimo długiej, tak naprawdę, przerwy. Tak, wiem, wiem – nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć, ale skupiając się na tym czego się nie da zamiast na tym co się da, daleko nie zajedziemy. Gdy jesienią musiałam zebrać dane do badań w terenie, a Tata Pyzy w tym czasie był na szkoleniu, nie miałam z kim jej zostawić więc zabrałam ze sobą. I wiecie co? Było fajnie! Od rana do zmierzchu byłyśmy w lesie, Pyza była brudna od stóp do głów ale w nocy spała jak suseł, a zadanie zostało wykonane.

Co zyskałam?

Mnóstwo czasu z Pyzą. Byłam z nią jak dotąd przy każdym ważnym nowym kroku, który stawiała. Widziałam jak zaczyna siadać, wstawać, chodzić i biegać. Byłam obok niej, gdy po raz pierwszy sama ułozyła puzzle z 12 elementów, i gdy pierwszy raz próbowała brokuła. Mogę z nią być gdy choruje. Mogę tak dostosować godziny pracy, żeby gdy za oknem świeci piękne słońce, zabrać ją na spacer. Nie wspomnę o wyjątkowym designie mojego kalendarza i list wszelakich. Nie zamieniłabym tego na nic!

Czy każda praca?

Doświadczenia własne i bliskich mi osób, a także intuicja podpowiadają mi, że nie można mieć wszystkiego, i chyba raczej nie da się pogodzić wielkiej kariery w korporacji z macierzyństwem. Ktoś na tym rzeczywiście straci. Podpowiadają mi też, że pełen etat niekoniecznie jest najlepszym rozwiązaniem (nie umiem sobie wyobrazić, że oddaję Pyzę do żłoba o 7:30 a odbieram o 16-17, nawet do babci – nie, nie, nie – jeśli miałabym wybór). Wiem też, że czasem nie da się inaczej. Za to freelancing, mała firma – jak najbardziej. Jestem tego doskonałym przykładem.

Podkreślę jeszcze raz – wiem, że to nie droga dla każdego. Część osób mimo wszystko będzie wolała wrócić za biurko, część zostać w domu nawet na 3 lata i nie pracować zawodowo wcale. Każda opcja będzie miała plusy i minusy. Domyślam sie też, że inaczej sprawa ma się w przypadku więcej niż jednego dziecka. Każda sytuacja jest inna. Ale mam cichą nadzieję, że fakt, że mi się udało/udaje, pokaże, że można połączyć pracę i miacierzyństwo – jeśli się chce. Najważniejsze to podejmować decyzje zgodnie z tym, co serce Wam podpowiada, a jeśli uważacie, że decyzja, którą podjęłyście była zła, nie bójcie się jej zmienić. Macie do tego prawo.

Wielkimi krokami nadchodzą zmiany, szykują mi się nowe projekty, za parę miesięcy Pyza pójdzie do przedszkola (biorąc pod uwagę to, gdzie mieszkamy wiąże się to z pewnymi wyzwaniami, na przykład dojazdami). Postaram się pisać o tych zmianach i jak zmienia nam się organizacja na bieżąco.

W artykule dla Asertywnej Mamy podałam jedno słowo klucz – priorytet. Jeśli ustalimy co jest dla nas najważniejsze, będzie nam łatwiej. Przyda się też nieco spokoju, rozsądku i świadomości, że rzeczywistość może się mijać z oczekiwaniami – ale to niekoniecznie źle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *