Pyza wie lepiej…

Jeszcze będąc w ciąży wyobrażałam sobie jak to będzie fajnie czytać Pyzie książki. Widziałam jak sobie siedzimy na kanapie albo w fotelu i czytamy. Cudny obrazek, prawda?

Rzeczywistość dosyć brutalnie zweryfikowała te wyobrażenia. Owszem, Pyza lubi książeczki, wykazała zainteresowanie nimi już dosyć wcześnie, jednak niekoniecznie jest to takie zainteresowanie o jakie mi chodziło. Nie myślcie sobie, że narzekam. Z rozmów z innymi mamami wynika, że i tak sporo nas ominęło. Nasze książki nie zostały zjedzone (co najwyżej niektóre z nich nadgryzione), nie zostały podarte, ani w żaden sposób zniszczone. Jedna czy dwie się rozpadły – ale to tylko dlatego, że były intensywnie używane. Ogólnie Pyza traktuje je dobrze.

Czym się różni więc moje wyobrażenie o naszej relacji z książkami od rzeczywistości?

Pyza jest niespełna półtorarocznym dzieckiem. Bardzo ruchliwym dzieckiem. Jak dotąd jej zdolność skupienia się na czymś ograniczona jest do kilku minut. Nie ma więc szansy na to, by usiąść i poczytać. To jeszcze przed nami. Nie oznacza to jednak, że książki leżą w jakimś ciemnym kącie i czekają na lepsze czasy. Pierwsze książeczki były w użyciu jak Pyza miała raptem kilka miesięcy. Od tamtej pory towarzyszą nam głównie książeczki obrazkowe, najczęściej tzw. „sztywniaczki”, czyli z kartonowymi kartkami. W niektórych jest trochę tekstu, w innych nie ma wcale.  Pyza siada, ogląda, przewraca karty, czasem na skupi się na jakimś elemencie przez dłuższą chwilę, czasem przybiegnie pokazać nam coś, co ją zainteresowało. Wspólne „czytanie” polega głównie na tym, że ona przewraca strony, a ja próbuję opowiadać o tym co na nich widzę.

Od czasu do czasu podejmuję próby czytania jej na głos. Z różnym skutkiem. Czasem jestem ignorowana, a znacznie częściej książka, którą czytam, jest przejmowana przez Pyzę. I czasem pozwala łaskawie na to, żebyśmy przeglądały tę książkę razem, a czasem siada sobie na podłodze i przegląda ją sama.

Prowadzę w związku z tym od jakiegoś czasu poszukiwania książek z ładnymi ilustracjami i ilością tekstu pozwalającą na wspólne czytanie. Optymalnie by było, gdyby te książki należały również do kategorii „sztywniaczków”. Kilka takich udało mi się znaleźć, i w najbliższym czasie na pewno o nich napiszę, jednak Pyza, jak zwykle, ma swoje zdanie na ten temat, i od kilku dni w naszym domu rządzą trzy książeczki w sztywnych okładkach, ale z papierowymi kartkami.

Wybór Pyzy jak najbardziej mi odpowiada, więc z przyjemnością o tych książeczkach dzisiaj kilka słów napiszę. Są to: Binta tańczy, Babo chce i Lalo gra na bębnie (tekst Eva Susso, ilustracje Benjamin Chaud, w Polsce wydane przez Wydawnictwo Zakamarki)

W książeczkach znajdziemy optymalny stosunek tekstu do ilustracji. To oznacza niewielką ilość tekstu, nie wystawiającą cierpliwości malucha na próbę, a kartek na niepotrzebne szarpanie przez zniecierpliwione dziecko. Poza tym jest w nich dużo dźwiękonaśladownictwa, można więc liczyć na to że maluch zainteresuje się tym co słyszy i będzie próbował powtarzać te proste dźwięki, a jeśli nawet nie, to co tu dużo pisać – dla takiego malucha dużo bardziej atrakcyjna jest mama udająca kurę (zwłaszcza jeśli robi to z zapałem), niż mama czytająca dłuższą narrację.

Babo chce
Babo chce

No i ilustracje – proste, ale nie przesadnie uproszczone, kolorowe, dynamiczne, dzieje się na nich w sam raz by przyciągnąć uwagę, jednoczesnie nie przytłaczając. Benjamin Chaud początkowo nie chciał ilustrować książek nieznanej sobie autorki ze Szwecji, ale po tym jak wydawnictwo nie poddało się i wysłało mu przetłumaczony tekst, zmienił zdanie – i bardzo dobrze!

Binta tańczy

A sami bohaterowie? To sympatyczna rodzina: Mama, Tata, czwórka dzieci, Pies i Kura.  Muzykują, tańczą, grają w krykieta, gotują i cieszą się swoim towarzystwem.

Babo chce

Charakterystyczna dla książek autorki jest multikulturowość (w Polsce na razie wydano 4 z jej książek). W przypadku rodziny Babo mamy tatę i dwójkę dzieci o ciemniejszej karnacji.  Jest to celowa próba wypełnienia luki na rynku, o czym mówi autorka w wywiadzie (klik), odpowiadając na pytanie dlaczego zaczęła pisać:

To był impuls, który przyszedł ze względu na potrzebę, jaka pojawiła się w moim życiu. Brakowało mi książek o kolorowych dzieciach. Mój mąż pochodził z Gambii, a dwoje moich dzieci jest ciemnoskórnych.

Jeśli chodzi o sposób wydania książek Wydawnictwo Zakamarki nie zawiodło mnie i tym razem. Co prawda natknęłam się na negatywne komentarze dotyczace tego, że książka wydana jest na zwykłych kartkach i, szczerze mówiąc, sama przez jakiś czas miałam mieszane uczucia. Z jednej strony – aż się prosi, żeby te książeczki były wydane w formie sztywniaczków. Z drugiej – Pyza ich nie niszczy, papier jest dobrej jakości, dosyć gruby i, o ile dziecko nie szarpie ich jakoś strasznie, nie powinny ucierpieć. I tak sobie myślę – a może właśnie dzięki temu są idealnymi książkami na rozpoczęcie przygody z miękkimi kartkami?

Babo chce
Babo chce
Lalo gra na bębnie
Lalo gra na bębnie
Babo chce
Babo chce

 

 

2 thoughts on “Pyza wie lepiej…

    1. Ja kupuję zazwyczaj online w sklepie wydawnictwa. Ale na przykład widziałam też, że w Poznaniu w niedziele na Wolnym Targu czasem mają stoisko i można kupić książki ze zniżką. Warto się rozglądać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *